Wstajemy wcześnie, bo szkoda nam dnia na leżenie w łóżku. Chcemy jeszcze wrócić nad Pink Lake (Różowe Jezioro). Wczoraj minęliśmy je po drodze. Nie zatrzymaliśmy się, bo było już ciemno. Cofamy się zatem 45km (ok. 35min) by na własne oczy zobaczyć Różowe Jezioro.
Połowicznie mamy pecha - jezioro nie jest tak różowe jak na reklamówkach. To oczywiście kaprys natury, która raz pozwala nam cieszyć się jej urokami (jak np. przy Lagunas Coloradas w Boliwii), a raz skrywa swoje piękno (jak w Laguna Verde w Boliwii).
Po ok. 30minutowej foto-przerwie wracamy na trasę do naszego podstawowego celu: Grampians National Park, czyli do Grampianów. Jest ranek, więc na naszej trasie nie mijamy wielu samochodów. W pewnym momencie dostrzegamy... emu! Nasze pierwsze emu! Proszę o. by się zatrzymał - no przecież muszę zrobić zdjęcie! Z tego wszystkiego O. zapomina o tym, że jedzie automatem i hamujemy tak gwałtownie, że rzeczy z tylnej kanapy z hukiem spadają między siedzenia. O. włącza awaryjne, a ja idę "ustrzelić" emu. I tu popełniamy gafę - tylko w Polsce włączenie awaryjnych może oznaczać: faktyczna awarię, postój kuriera (któremu się nie chce parkować), chwilowy postój (najczęściej na siku w krzakach) - z ukierunkowaniem na to ostatnie. Tymczasem na całym świecie „awaryjne” oznacza awarię. Co zatem robią kierowcy na odludziu, kiedy ktoś ma awarię? Proponują pomoc. Niestety, z uwagi na nadużywanie „awaryjnych” w Polsce takie zwyczaje nie panują. I tak oto chwilę po naszym zatrzymaniu z zza zakrętu wyłania się samochód kierowany przez kobietę. Pani się zatrzymuje i pyta nas, czy nie potrzebujemy pomocy. Grzecznie dziękujemy za zainteresowanie i tłumaczymy, że wszystkiemu winny jest emu. Pani z uśmiechem odjeżdża. A emu... A emu w tym czasie ucieka.
Kilkanaście minut później po lewej stronie drogi dostrzegamy znak informujący, że w tym miejscu znajduje się Zumsteins Park And Historical Site. Zatrzymujemy się na krótki postój połączony z sesją fotograficzna emu.
Emu jest po pierwsze duże (są to drugie po strusiu afrykańskim największe ptaki na świecie), a po drugie szybkie. Tutejsze okazy nie osiągają maksymalnych dwóch metrów wysokości, jednak i tak są imponujące. Na szczęście rzadko wykazują się agresją, w przeciwieństwie do swojego kuzyna, kazuara, spotkanie z którym może zakończyć się tragicznie. Niemniej jednak warto zachować odrobinę rozwagi i nie zbliżać się do nich zanadto.
Park Narodowy Grampians swoją nazwę zawdzięcza sir Thomasowi Mitchellowi w 1836 roku na cześć od najwyższych gór Szkocji. Park ma powierzchnię 1672km2. Głównym budulcem tutejszych skał jest piaskowiec. Pierwotnie przez Aborygenów region ten nosił nazwę Gariwerd. Ma on dla nich szczególne znaczenie - to tu śnił stwórca świata Bunjil.
Naszym pierwszym przystankiem jest parking przy MacKenzie Falls, skąd idziemy na tarasy z widokiem na wodospad - MacKenzie Falls Lookout. Drugim celem jest krótki treking do wodospadu - MacKenzie Falls.
Trasa tarasami jest łatwa i przyjemna. Z góry podziwiamy wodospad, nad który zaraz mamy zejść.
Podczas spokojnego spaceru druga trasą upajamy się wonią tutejszych roślin. Zapachy otaczają nas i z każdym krokiem dostarczają nowych doznań. To zadziwiające, jak ten zmysł zmienia sposób postrzegania otoczenia. Tutejsza roślinność nabiera w naszych oczach dodatkowej wartości - jest już nie tylko wyjątkowa, ale i zachwycająca. Naszą uwagę przyciągają nadpalone drzewa. Częste naturalne pożary niszczą okoliczne lasy i stwarzają wysokie zagrożenie dla roślin i zwierząt. Na szczęście tutejsza flora i fauna bardzo szybko się odradza i to jedyne ślady jakie dostrzegamy po pożarze, który miał tu miejsce niespełna cztery lata temu.
Dochodzimy do wodospadu McKenzie. Nie jest on tak imponujący, jak islandzkie Detifoss czy Gulfoss, ale i tak ma swoisty urok. Trasa pozwala zejść tuż obok spadającej wody do podnóża wodospadu.
Przy odrobinie odwagi i determinacji można przejść po kamieniach na druga stronę rzeki, skąd zdjęcia wychodzą znacznie lepsze.
Drugim celem w parku Narodowym Grampians są The Balconies, czyli tzw. balkony. Są to formacje skalne wiszące nad kanionem. trasa widokowa jest krótka, łatwa i przyjemna - w sumie w ok. godzinkę (robiąc zdjęcia) dochodzimy do ostatniego punktu widokowego oddalonego o 1km od parkingu i wracamy. Troszkę się śmiejemy, że w sumie to taka Trolltunga dla leniwców.
Trzecim punktem widokowym na naszej trasie jest Boroka Lookout widok na Halls Gap i jezioro Bellfield.
Niestety dokonujemy słabego rozeznania tematu i pomijamy świetne Grand Canyon, Silent Street i Splitters Falls. Dojeżdżamy do Halls Gap - jedynego miasteczka w Parku. Jest tu urokliwie, sielsko i spokojnie. W parku w towarzystwie białych papug kakadu podziwiamy jesienne kolory koron drzew.
Jedziemy na nocleg, wybór pada na camping w Warrambool: Warrnambool Beach Backpackers. Pole namiotowe jest malutkie, ale mamy dostęp do ciepłych pryszniców, bardzo dobrze wyposażonej kuchni i ciepłego salonu ogólnego użytku. korzystamy tez z internetu w salonie i ładujemy sprzęt.
W miasteczku robimy zakupy w Woolworths - taniej sieci sklepów (i stacji benzynowych) otwartej często do północy. Zaopatrujemy się w prowiant na kolację i śniadanie.