Dziś naszym pierwszym celem jest Tower Hill Wildlife Reserve. Mamy nadzieję na nasze pierwsze spotkanie z koalą, które podobno zamieszkują ten wulkaniczny krater. Zjeżdżamy w dół jednokierunkową drogą i z każdym pokonanym metrem nabieramy pewności, że zjeżdżamy do krateru. Dojeżdżamy na parking i od razu dostrzegamy znajome nam już emu. Niedaleko w krzakach pasa się kangury, które do tej pory mogliśmy podziwiać z okien samochodu. Teraz są bardzo blisko nas i nic sobie z naszej obecności nie robią. Są wyraźnie oswojone z ludźmi.
Chodzimy sobie swobodnie wypatrując w na drzewach koali. W tym czasie urządzamy prawdziwą sesje fotograficzna skaczącym wkoło kangurom. W końcu tuż przy drodze na drzewie dostrzegamy dwie puchate kulki. Mamy niebywałe szczęście, bo jeden z nich wykazuje wyjątkową jak na koale aktywność - raczył się podrapać.
Koala po pierwsze nie jest misiem - to torbacz, choć pewnie nigdy już się wytrzeźwimy pojęcia "mis koala". Koala nie pije wody - pobiera ją tylko żywiąc się liśćmi eukaliptusa. Jak na torbacza przystało spędza pierwsze miesiace w kieszeni mamy i rośnie tam od zaledwie 3,5g by będąc w pełni dorosłym osiągać wagę nawet 15kg. Potrafi pływać i świetnie wspina się po pniach. Specyficzna budowa ogona pozwala mu siedzieć godzinami na drzewach. Ten niebywały leniwiec przesypia nawet 20h na dobę, zazwyczaj w dzień, bo jest to zwierze nocne. Zjada do 1kg liści dziennie, co na niektórych obszarach powoduje wymieranie drzew. Choć preferuje eukaliptus, zdarza mu się uzupełniać dietę o inne wybrane gatunki drzew.
Robię jeszcze ostatnie zdjęcia emu i kangurów i zbieramy się w dalszą drogę. Z uśmiechem na ustach wsiadamy do auta. Skoro widzieliśmy już koalę, to możemy uznać Australię za zaliczoną! No nie, jeszcze nie widzieliśmy Dwunastu Apostołów.
Na Great Ocean Road wjeżdżamy od drugiej strony niż większość turystów - będziemy podróżować od zachodu do wschodu. Okazuje się to być ciekawym rozwiązaniem, gdyż główną atrakcję - Dwunastu Apostołów zobaczymy na końcu.
Zatrzymujemy się przy pierwszym punkcie widokowym The Grotto.
Następnie robimy przystanek przy London Arch. Jeszcze do stosunkowo niedawna, bo do 15:30 15 stycznia 1990 roku istniał tu faktycznie łuk, który tego dnia niespodziewanie się zawalił. Wszystko to miało miejsce w momencie, gdy "po drugiej stronie mostu" było dwoje turystów. Nie były to czasy, kiedy telefony komórkowe miał każdy - para musiała głośno krzyczeć z "nowej wyspy" wołając o pomoc. W końcu po trzech godzinach zabrał ich helikopter.
Kierując się dalej na wschód, zatrzymujemy się przy The Arch.