Meksyk 2017

Dzień 1: W drodze do Tulum

Dodano: 2017-01-01

Tym razem (wyjątkowo!) nie mamy konkretnego planu. Szok, niedowierzanie! Ano tak. Region Meksyku, który zamierzamy zwiedzić w czasie krótkiego sylwestrowego urlopu jest na tyle mały, że możemy sobie pozwolić na odrobię spontaniczności. Ale nie może tak być, abyśmy całkowicie poszli na żywioł! Co to, to nie. A zatem mamy jak zwykle zarezerwowane wcześniej noclegi i cele do zrealizowania. Zatem plan ramowy wygląda następująco:

Jak widzicie, plan dotarcie do Cancun jest co najmniej zagmatwany. Wszystko dlatego, że lot w tym interesującym (i nietanim) okresie zakupiliśmy w wyniku promocji (a raczej błędu cenowego). A jak to z promocjami bywa, cena z wygodą nie zawsze idą w parze. I tak tu mamy właściwy lot z... Walencji. Miejsce do beznadziejne dla Gdańszczan - jak się tam niby sensownie dostać? A no nie idzie. Co więc robimy? Lecimy z GDA do Eindhoven i jedziemy dwoma pociągami do Paryża. Wieczorem zwiedzamy stolicę Francji: wchodzimy do Katedry Notre-Dame, spacerujemy po Cité, stajemy pod Wieżą Eiffla, na Polach Marsowych oglądamy świąteczne stragany, a na końcu Polami Elizejskimi idziemy pod Łuk Triumfalny. wracamy styrani. A sen przed nami krótki - wstajemy o drugiej by dojechać na paryskie lotnisko i polecieć do... Walencji, skąd o 11:55 rozpoczniemy nasz właściwy lot powrotem do Paryża.

Po powrocie do Paryża nasze kroki kierujemy prosto do Luwru, gdzie pozostajemy do zamknięcia muzeum. W Luwrze można "stracić" trzy dni albo i tydzień - wszystko zależy od osoby - na ile jest zainteresowana sztuką i na ile ma cierpliwość czytać wszystkie opisy. Zasoby muzeum są faktycznie imponujące i każdy znajdzie tam coś dla siebie. My nie jesteśmy fanami wystaw, a dłuższe oglądanie nas męczy. Wybieramy zatem te eksponaty, które nas najbardziej interesują i na nich się skupiamy.

Szczęśliwie nasz drugi właściwy lot, już do Cancun, zaczyna się o 12:15, więc możemy się wyspać. I dobrze, że mamy ku temu sposobność, bo lot słynnym Dreamlinerem okazuje się najgorszym do tej pory. Samolot niby taki nowoczesny, a ma tyle błędów, które rzutują na komforcie podróży. Na przykład ekrany, które nie świeca kierunkowo na konkretnego pasażera. Mają one tak szeroki kat, że światło wyświetlacza pasażerki obok skutecznie uniemożliwiało mi sen. Druga bezsensowna bzdura to elektronicznie ściemniane szyby - w każdym normalnym samolocie można po prostu zasunąć/odsunąć zasuwkę. Nie, tu musi być nowocześnie - wciskamy przycisk ścieniania/rozjaśniania. I tak klikamy i klikamy, a cały proces trwa i trwa...

Do Cancun docieramy już po zmroku. Skromy hotel w centrum ma nam zapewnić nocleg na jedną noc. Sylwester mija nam w ciszy i spokoju, bo wszelkie atrakcje są w Zona Hotelara -takim Las Vegas, gdzie przybywają Amerykanie ze wschodniego wybrzeża USA. Pierwszego dnia stycznia wypożyczamy samochód i ruszamy w drogę do Tulum.

Jukatan to mały region Meksyku - półwysep otoczony wodami Morza Karaibskiego i Zatoki Meksykańskiej. Nazwa krainy pochodzi z języka Majów, którzy przywitali hiszpańskich kolonialistów słowami „U u kat em” - co miało być odpowiedzią na pytanie o nazwę tej ziemi, a znaczy „nie rozumiem cię”. Na wszelkie pytania Hiszpanów rdzenni mieszkańcy odpowiadali „ma ya” - „nie, odejdźcie”. Tak zostali nazwani Majami.

Jukatan to region wyjątkowy - praktycznie nie ma tu rzek czy strumieni. Silne zjawiska krasowe w skalach wapiennych spowodowały za to powstanie cenot -zalanych jaskiń, powstałych podczas ostatniego zlodowacenia (około 1,5 miliona lat temu). Wtedy to czapy lodowe na biegunach powiększyły się, a poziom morza obniżył się o około 100 m. Woda deszczowa rzeźbiła pieczary w wapiennym podłożu, robiąc miejsce dla powstawania stalaktytów i stalagmitów. Polecamy artykuł o świętych cenotach Majów na stronie National Geographic oraz o nurkowaniu w tych bezdennych jaskiniach również na National Geographic.

To tyle tytułem wstępu. Czas przejść do kolejnego zagadnienia, jakim jest przemieszczanie się po półwyspie.

Z jazdą po Jukatanie jest tak, że lepiej nie jeździć po zmroku. Tutejsi Meksykanie lubują się w tzw. „leżących policjantach”. Mają na nich milion sposobów - a to klinkierowe, a to betonowe, to metalowe itd. Można jeździć i kolekcjonować różne typy ;P Często w internecie znajdziecie rady, aby nie jeździć po ciemku. Ma to swoje uzasadnienie - o ile w miastach może się zdarzyć oświetlenie, o tyle poza nimi na pewno go nie uświadczymy. Wówczas o potracenie człowieka/zwierzęcia czy wylot w powietrze z sprawą niewidocznego "leżącego policjanta" nietrudno. My się tych rad trzymamy i dzięki temu pozytywnie wspominamy podróżowanie autem po Jukatanie. Drogi są zazwyczaj w dobrym stanie, często są szerokie i proste, bez zakrętów. Oznaczenie również jest jasne. Po trzech dniach łatwo zaobserwować, że "leżącego policjanta" mamy zawsze na wjedzie do miasteczka, gdzie ograniczenie prędkości staje się bardziej restrykcyjne oraz w samych miejscowościach.

W trakcie jazdy do Tulum spotykamy stado ostronosów beztrosko pasących się przy głównej drodze.

W drodze do Tulum

Postanawiamy zatrzymać się przy jednej z ciekawszych cenot - Gran Cenote. Atrakcyjność form skalnych dekorujących tutejsze ściany jest niebywała! Jaskinia jest blisko drogi i tu też znalazło miejsce sporo turystów, którzy odwiedzają tę cenotę po drodze właśnie jadąc do Tulum lub Chitzen Itza.

Wszystkie cenoty znajdują się na terenach prywatnych, więc wstęp jest płatny i wynosi od 3 do 15USD. Gran Cenote kosztuje nas 10USD.

Poniżej pełna galeria z W drodze do Tulum: